Wszystkie wpisy

wtorek, 7 lipca 2015

Open'er 2015 - relacja

Od soboty to jeden z moich ulubionych numerów.

Cześć. :)Odespałem, zregenerowałem siły oraz wykąpałem się we własnej wannie, jestem więc gotów podzielić się z Wami moimi spostrzeżeniami dotyczącymi tegorocznej edycji Open'er Festival jak i całej organizacji. Jako festiwalowy prawiczek (jakkolwiek źle by to nie brzmiało) wszystko tam było dla mnie nowe i nieodkryte niczym wyroki Anny Marii Wesołowskiej na TVN parę ładnych lat temu. Postanowiłem więc podzielić relację na dwie części - pierwszą dotyczącą muzycznej strony eventu, drugą zaś organizacyjnym pierdołom i osobistym refleksjom, czy warto się wybrać. Albo raczej udowodnię, że warto.  No ale po kolei.



Koncert, na którym dostałem raka - Die Antwoord




Był to rak pozytywny - nie złośliwy. To pewnie w jakieś części jest moja wina, ponieważ nie spodziewałem się aż takiej masakry. Ale Ci Państwo na serio nie są normalni. Zresztą, widać na załączonym materiale audiowizualnym. Rozpierdol przy takim tłumie był co najmniej niezły. Przeżyłem, a co zobaczyłem to moje. I mojego raka.


Koncert, od którego aż tyle nie oczekiwałem - niesamowita Natalia Przybysz



Niestety, nie mogłem znaleźć dobrego wideo z koncertu w Gdyni, więc wrzucam dobry duet z Zalewskim.

Lubiłem Sistars. I byłem niepocieszony, kiedy się skończyły. Ale koniec to początek czegoś nowego. A na pewno nowa (i dobra) jest twórczość jednej z sióstr. To był pierwszy koncert, na który się wybrałem, i szczerze mówiąc nie wiem czy to zaleta samej atmosfery czy mojej podjarki, że już tu jestem, ale Natalia jest gitem i trzeba sobie to wziąć do serca. :)


Koncerty, na które czekałem, czekałem, czekałem i się doczekałem - Chet Faker i Flume








Czet zwiał mi już 3 razy - raz z Taurona, raz z Warszawy, raz z Krakowa. Flum z kolei mi nie zwiał, ale nie dałem mu uciec.  Chociaż początkowo chciałem poświęcić (znów) Cheta Fakera na koszt Modest Mouse (o tym później), jego koncert wynagrodził mi trzy poprzednie sytuacje. Naoglądałem się już w internetach jego koncertów, więc niczym mnie nie zaskoczył. Bawiłem się jednak przednio, zgodnie z założeniami.
Flume jest dla mnie jednym z największych gitów, jeżeli mówimy o elektronice. Swoim występem kończył tegorocznego Open'era i muszę przyznać, że o wiele lepiej wypadł jako ostatni na Tent Stage iż Disclosure na Main Stage. Może to być wina pojemności albo godziny, nie wiadomo. Flume jednak był po prostu majstersztykiem pod każdym względem.

I druga część :)


Koncert, na którym nie umiałem się bawić - Modest Mouse

Wrzucam cały koncert.

Nie przesadzę mówiąc, że to z pewnością jeden z najbardziej wyczekiwanych przeze mnie koncertów (zwłaszcza że w moje urodziny). Ich ostatnia płyta jest jedną z moich ulubionych, ostatni zaplanowany ich koncert w Polsce został odwołany - liczyłem na niesamowite przeżycia. I lekko się zawiodłem.
Będąc szczerym - kompletnie nie była to wina zespołu, a organizatorów, którzy zaraz po Modestach na Main Stage ustawili występ headlinera - Drake'a. A umówmy się, to dwa zupełnie różne targety, tak sprzeczne jak Doda z Szulim. Więc może miałem pecha stojąc zaraz obok 'kto to jest w ogóle, lol', 'już nawet enej byłby lepszy' czy też 'ale ma śmieszną koszulkę ten koleś', ale nie umiałem się przy tym dobrze bawić. Poszedłem na Cheta wierząc naiwnie, że Isaac Brock z ekipą wrócą niedługo i ktoś zrobi z nich headlinerów, bo zasługują na to.



Koncert, który wspominam najmilej (choć się tego nie spodziewałem) - Kasabian.



Headlinerzy ostatniego dnia całkowicie zryli mi banię. Znałem ich płyty dosyć dobrze, jednak nie wierzyłem gdy Natalia mi mówiła, że na żywo są niesamowici. Okazało się, że są niesamowici. Roznieśli całą scenę, rozruszali absolutnie wszystkich (kojarzycie tę sytuację, gdzie na koncertach Ci najbliżej sceny się bawią a reszta obserwuje - tutaj tego nie było). Dla mnie największe zaskoczenie i najlepsza zabawa, zapamiętam na długo i chętnie wybiorę się na nich jeszcze raz.
Nawiązując tylko jeszcze do obrazka - to okładka ich ostatniego albumu :)


Koncert, na którym żałuję, że mnie nie było - Taco Hemingway



Scumbag Ziółkowski zrobił mi prezent i zamieścił na YT cały jego koncert.
Nie mam z taką muzyką nic wspólnego, ale ten koncert znam na pamięć. I płyty też. Taco, cho do Poznania i to jak najszybciej.
(oczywiście jest więcej koncertów, na które nie dotarłem - ale już znam swoje błędy, które za rok mam nadzieję nie popełnię).


Extra refleksja miesiąc po:
Wpadłem w depresję zaraz po powrocie. Często jest tak, że jeżeli czekasz na coś przez dłuższy czas w momencie konfrontacji nic nie jest tak, jak sobie wyobrażasz i jesteś zawiedziony. Ja nie byłem zawiedziony. Spłonąłem pod słońcem, spałem po 3h, przeszliśmy z Marysią jakieś 1000000 km, wyrywaliśmy sobie nawzajem nogi z dupy, a telefon non stop rozładowany (dla mnie survival). Wszystko rekompensuje atmosfera, koncerty, pole, rozwodnione piwo, imprezy na parkingu i ludzie tańczący YMCA na dachach kamperów mając w rekach stelaże od parasoli.
Moje porady (po pierwszym razie):
-jeżeli nie lubisz kolejek do przysznica wstawaj najpóźniej o siódmej,
-powerbank może być twoim zbawieniem jeśli telefon sprawdzasz tak często jak mrugasz,
-chodź na WSZYSTKO co zaplanowałeś, a nawet na to, na co w życiu sam byś sobie nie puścił na głośnikach w domu,
-pamiętaj że jesteś nad morzem. Do morza jest niedaleko,
-twoje nowe airmaxy będą niczym w porównaniu do najwygodniejszych butów od biegania (sprawdzone info),

Więc jeżeli się zastanawiasz czy jechać - lepiej się nie zastanawiaj i odkładaj pieniążek. Ja już nie muszę się zastanawiać.



Więcej grzechów nie pamiętam
Mateusz.

2 komentarze: