Wszystkie wpisy

sobota, 19 lipca 2014

Koncerty w czerwcu

Takie zdjęcie to podobno klasyk, więc mam je też i ja.

Więc tak:
Na samym wstępie pragnę zaznaczyć, że opinie tutaj osadzone są totalnie subiektywne, zwłaszcza, że do czerwca tego roku można mnie było nazywać koncertowym prawiczkiem. W sumie to nawet nadal można, ale przynajmniej wiem, jak to wygląda.
Ale po kolei:
Radość niesamowita, kiedy w końcu się zorganizowałem (albo bardziej zrobili to za mnie znajomi) i zakupiłem bilet na wydarzenie muzyczne typu koncert. KoncertY, przepraszam, Woodkida (czyli drewnianego dziecka) 10.06 we wrocławskiej Orbicie oraz na Orange Warsaw Festival (jeden dzień) 13.06 we stolycy, we Warszawie. Z wypiekami na twarzy wyczekiwałem tych dni, mechanizmy w mojej głowie można było spokojnie porównać do dziecka czekającego na komunię świętą albo osiemnastolatka, który czeka na odebranie dowodu osobistego, co by dumnie móc w sklepie pokazać, że alkohol już pić może.
Najpierw Woodkid, no bo wcześniej. Jeżeli ktoś nie zna, służę pomocą:
Iron to bodaj najpopularniejszy jego utwór, znalazł się na ścieżce do Asassin's creeda no i sam teledysk... miodzio.

Pan Woodkid podczas występów na żywo bardzo fajnie łączy doznania wzrokowe ze słuchowymi. Mam na myśli wizualizacje, światła i ogólną kreację sceniczną. O tym potem.
Cała płyta (Golden Age, szczerze polecam) wywarła na mnie niesamowite wrażenie. Nie jest to coś, co słyszysz codziennie w rock radiach i innych tego typu tworach. Myślę wręcz, że generalnie przyporządkowanie tego rodzaju muzyki do gatunku albo stylu może być mylące. Po prostu- Woodkid :)
Koncert odbył się w ramach WrocLove Fest i miał miejsce w hali orbita. Powiem szczerze, w bardziej gorącym miejscu jeszcze nie byłem. Wyczytałem potem na internetach ( jako mądry Polak po szkodzie) że obiekt ma ogólny problem ze swoją temperaturą, i że norma. A że postanowiłem pojechać ubrany normalnie (przypominam swoje zerowe doświadczenie + 'na pewno nikt nie będzie w krótkich spodenkach' + 30st. upał na dworze), pojechalim z Marysią do tego Wrocławia, kochaną polską koleją. Chyba nie muszę tłumaczyć, że byłem jedynym w długim odzieniu? 
W samej hali spotkaliśmy jeszcze Red Lipstick Monster. Musiałem tłumaczyć Marysi kim jest, co było dosyć dziwne, że to ja znam dziewczyny, które robią sobie makijaż na YT...
Ja z Marysią, ociekający potem,  w wyczekiwaniu na Woodkida.

Koncert zaczął się z modnym, 20minutowym spóźnieniem. Jednak to, co On i jego ludzie pokazali zdecydowanie było tego warte czekania, nawet dłuższego. Tak jak pisałem wcześniej, pod względem muzycznym nie masz się do czego przyczepić, a pod wizualnym... Bajka.  Większość z nas to wzrokowcy, to oczywiste.
Scena zbudowana była prosta, jej tylną częścią był duży ekran w bliżej nieznanej mi technologii:
Majstrowanie przed koncertem.Może tego nie widać, ale ekran na żywo był większy niż się wydaje :)

Koncert zdecydowanie dwuczęściowy- Woodkid zaczynał od ballad, wolniejszych numerów albo po prostu przearanżowanych na takie, by zakończyć z pierdolnięciem godnym wejścia JKM do Parlamentu Europejskiego
Generalnie starałem się nie robić cały czas zdjęć, ale to jedno wyszło całkiem zacnie.

W oczy na pewno rzucił się pełen profesjonalizm, mimo tego, że -umówmy się- nie był to największy koncert na jakim można było być. Detale jednak, i ich dopracowanie (bębniarze towarzyszący głównemu bohaterowi stali na baczność, kiedy nie grali) dawały jeden, spójny obraz. Genialny obraz.
Ten numer jest czysto koncertowy, jednak zrobił na mnie największe wrażenie. Może dlatego, że otwierał tą dynamiczniejszą część. Video nie oddaje wszystkiego. :)

Dobra, część druga- OWF.
Początkowo miałem w planach wykupienie całego karnetu, jednak (w dużej mierze dzięki studiom) wybrałem się na jeden dzień. Ten z Kings of Leon, Snupem, Kłins of stołn ejdż... I generalnie tyle. Była jeszcze Lilly Allen, ale zbytnio się nią nie jaram.
Wyszło tak, że byłem pół koncertu QOTSA i całym Kingsów.

nie wierzę że ktoś ich nie zna, ale dla pewności podsyłam
Pod względem wielkości- faktycznie robi wrażenie. Przede wszystkim to było moje pierwsze spotkanie z Narodowym. Robiąc sobie pieszą wycieczkę prezentował się zacnie i godnie- nawet przy wątpliwej pogodzie:
Dziwnym był dla mnie jeden fakt- brak możliwości płacenia niczym innym tylko kartą mastercard. Mam jeden problem- nie posiadam karty mastercard. Rozumiem, że organizatorzy mają podpisane jakieś kontrakty i tak dalej, ale żeby jedyną możliwością płatności na tak dużym przedsięwzięciu była konieczność założenia sobie nowej karty pay-pass, którą po festiwalu i tak wyrzucisz. Ceny też boskie- zestaw hot tog + mała cola 18 zł. Dziękuję, postoję.
Koncert jednak oczywiście- zrekompensował wszystko.
Na początek Queensi. Jakoś nie jarałem się nimi wcześniej, jednak koncert był bardzo na plus. Najlepiej znam ich ostatnią płytę (a praktycznie tylko), jednak bawiłem się mocno.

                                        
Tu akurat mój ulubiony ich kawałek. Propsy czy hejty?
No i potem krem de la krem- Kings Of Leon. Bajka. 
Staliśmy dosyć daleko, jednak Rudego (wokalistę) udało mi się uchwycić. Było trochę materiału z tej najnowszej płyty z zeszłego roku, ale o wszystkich obowiązkowych numerach nie zapomneli (Closer, Pyro, Radioactive). Oczywiście obowiązkowy finał z Sex on Fire (bardzo bym się zdziwił, gdyby go nie było) ze sztucznymi ogniami na końcu. Moim zdaniem- kompletnie niepotrzebnymi, ale co ja tam się znam.
Generalnie chyba nie ma za bardzo się nad czym rozczulać, bo to był po prostu kompletny koncert. Niczym mnie nie zaskoczyli, ale też niczym nie zawiedli. Dokładnie to, czego się spodziewałem i na co czekałem.
No, powiedzmy że była jedna niespodzianka, czyli 'my party', które w wersji koncertowej brzmi o wiele lepiej niż na longplayu:

                                     
Bardzo Was Proszę.
W momencie wyjścia już nie było możliwości przedostania się na koncert Snoopa (grał na scenie pod stadionem) ponieważ podobny pomysł mieli wszyscy i prędzej by tam nas staranowali niż byśmy chociaż poczuli zapach marihunaen ze sceny.
Stadion ej najt, bardzo +

Wydaje mi się, że cały projekt (byłem tylko jeden dzień, podkreślam) mógł zostać o wiele lepiej dopracowany, a wiem od innych że się da. Oczywiście nie żałuję, zabawa przednia, pieniążek wydany bez żadnego żałowania no i możliwość zobaczenia Warszawy Centralnej o 5 rano, co można spokojnie porównać do pobytu na innej planecie. :)

Przede mną na pewno jeszcze jeden koncert- mianowicie koncert otwarcia Taurona w Katowicach i Czet Fejker. Opiszę z pewnością, zwłaszcza że koncert będzie w kościele. 
Tak, w kościele.
Podsumowując- gdyby mnie ktoś spytał, na kogo koncert pojechałbym jeszcze raz, odpowiedziałbym, że Woodkida. Oczywiście nie odejmując nic KOL, ogólne wrażenie mimo wszystko lepsze wywarł ten pierwszy. Gdyby go jeszcze dać na taką dużą scenę, jaka była na Orange... :)

Na koniec dam jeszcze tylko pamiątkowe zdjęcie z Warszawy, z podziękowaniami za dobry czas. 
(prawdziwi turyści, nie robią zdjęć na tle zabytków tylko w jakiś lustrach).

Uważajcie na siebie
Mateusz.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz